Przejdź do głównej zawartości

Coś, z czego nie zrezygnuje już nigdy.

Każdy miał w swoim życiu historię, którą niechętnie dzieli się z innymi i niechętnie o tym opowiada.
Ja też mam. Nazwałam ją "Czasem kluska" ;) I ta historia trochę wpłynęła na moje życie teraz. 

"Kluskiem" byłam od podstawówki, odkąd zaczęłam brać leki na alergie (nie mówiąc o tym, że zjeść też lubiłam i lubię do teraz). Ale jak "bierzesz" to kilogramy przychodzą szybciej. A samoocena niestety spada. Szczególnie u dziecka, którego kolegów i koleżanki nie obchodzi, że jesteś "kluskiem", bo się leczysz. Po prostu jesteś "kluskiem" i już. No i "kluski" są brzydkie. Z reguły.

Jak jeszcze na początku mi to nie przeszkadzało, to potem zaczęło boleć. Bo szczupłe koleżanki lepiej wyglądały we wszystkim. Bo dostawały kartki od kolegów na Walentynki. Bo tańczyły wolniaki na szkolnych zabawach. Co z tego, że z Tobą wszyscy rozmawiają (szczególnie dlatego, że po prostu coś tam umiesz i zawsze dasz odpisać pracę domową)? Liczyły się takie... hmmm, jak teraz o tym myślę "pierdoły". Jednak dla nastolatki pierdołą to nie było. To była życiowa tragedia. ;) 

Wszystko co odmieniło moją "życiową" tragedię zaczęło się po pierwszej gimnazjum - dokładnie w wakacje, gdy ważyłam 61 kg (może wydawać się niewiele, ale przy wzroście 157 cm dla nastolatki to bardzo dużo, kiedy koleżanki ważyły po 45 kg). Alergia odpuściła. A ja odpuściłam "branie" i starałam się dogonić te szczuplejsze, piękniejsze koleżanki. Rzuciłam WSZYSTKO CO SŁODKIE I NIEZDROWE (do tej pory nie wierzę, że byłam tak zdesperowana, że po prostu z dnia na dzień to odciełam. Teraz mam problem, żeby nie jeść słodkiego przez tydzień :P), zaczęłam więcej się ruszać. Zamiast autobusem do szkoły chodziłam piechotą lub rowerem. Wieczorami katowałam się brzuszkami, przysiadami i wszystkim co mi przyszło do głowy. 
Efekty mnie zadowalały. Kolejny rok szkolny rozpoczęłam z  wagą 53 kg. Jaka ja dumna byłam, gdy koledzy i koleżanki na mój widok zaniemówili. :D:D Uczucie nie do opisania. 

Ale, ale, ale... jak wiadomo ze wszystkich stron bombardowani jesteśmy wyimaginowanymi ideałami. O idealnych proporcjach. Wadze 45 kg przy wzroście 170 cm. Pupami przypominającymi piękne, soczyste brzoskwinie, taliami osy, długimi nogami oraz idealnie sterczącymi piersiami.
Wierzcie mi na dojrzewające nastolatki działa to destrukcyjnie (ba, na dorosłe kobiety też działa to źle, ale młode dziewczęta odbierają to o wiele gorzej), gdy w lustrze widzą coś innego niż pokazują gazety. Brzydką cerę, włosy jak siano, za duży brzuch, za małą pupę, za krótkie nogi, cycki takie nijakie. Więc i ja twierdziłam, że może być jeszcze lepiej. Mam mieć "4" z przodu i jak najmniejszą liczbę za nią. (aż dziwne, że zatrzymałam się na "4", bo do "3" na szczęście jakoś mnie nie ciągneło).

Tak więc... Skoro jadłam już zdrowo, ruszałam się dużo, to co jeszcze mogłam zrobić? Zrobiłam to co przychodzi do głowy najszybciej. Zaczęłam ograniczać jedzenie, zwiększyłam intensywność ćwiczeń. W głowie miałam kalkulator kaloryczny. Wiedziałam ile kalorii ma banan, ile łyżka gotowanych ziemniaków... Wszystko przeliczałam na ćwiczenia. Bilans miał być ujemny. I tak 24h...
Osiągnełam to, o czym marzyłam. W listopadzie pojawiła się "4", ale ja nie mogłam się zatrzymać. Obiad wrzucałam z powrotem do garnka (tego do tej pory niektórzy mogli się domyślać i coś przeczuwać). Skończyło się na tym, że odchudzanie zajmowało mi tyle czasu, że nie zwracałam uwagi na włosy, które zaczęły wypadać, było mi zimno, a ja stawałam się coraz bardziej nerwowa. Wkurzało mnie to, że wszyscy dookoła jedzą bezkarnie... Ale jak ktoś jadł za mało to marzyłam, żeby jadł więcej, żeby był grubszy ode mnie.. (samej teraz ciężko mi się czyta to co piszę, ale tak było...)

I tu... Muszę podziękować rodzicom. Bo nie olali tematu, nastoletnich kaprysów... Coś zauważyli. Że dzieje się coś niedobrego... W grudniu gdy ważyłam w ubraniu 45 kg, tata zawołał mnie na dywanik. Zważył i powiedział, że nie chce widzieć ani grama mniej. I tu się dziwie... Bo albo zależało mi na zdrowiu, albo jeszcze mój mózg nie był tak bardzo zniszczony, że DOTARŁO to do mnie. Słowa taty zadziałały niczym bat. Po drodze natrafiłam jeszcze na kabaret o "niewidzialnej" anorektyczce (a może to był sen?)

I wtedy nastąpił zwrot. Zaczęłam o siebie dbać. Zaczęłam racjonalnie jeść. Nadal chodziłam pieszo do szkoły. Waga wzrosła do 49 kg... 

To było 14 lat temu. Tak sobie myślę... Mogło być tak, że wpadła bym w sidła anoreksji.. A jestem szczęśliwą żoną i mamą dwójki wspaniałych dzieci. I ważę 50 kg.

 


To mój mały, wielki sukces. Osiągnęłam co chciałam. Może trochę przewrotnie. No i gdzieś tam w głowie, jest to "odchudzanie" (z tego chyba już nigdy się nie wyleczę), z tym że teraz to jest zdrowe.

Czemu mimo tylu lat waga się nie zmienia? Bo jem regularnie, pije dużo wody i ruszam się. To są magiczne 3 zasady, których będę przestrzegała i nie zrezygnuje z nich już nigdy. Ale nie świruję. Mam ochotę na batona - to go jem. Chcę zjeść pizzę i popić piwem - to to robię. Ale z umiarem. ;)

Trenuje w domu. Nie codziennie, bo dzieci nie dają ćwiczyć codziennie. I nie zawsze mam ochotę.
 



Mam swój mały zestaw do ćwiczeń: matę, hantle, kettleball, obciążniki i gumę do ćwiczeń. Ćwiczę różne rzeczy... Od interwałów z Chodakowską, przez ćwiczenia z elementami karate Lewandowskiej  i fitness z Qczajem , na jodze  Gosi Mostowskiej kończąc. ;) A jak będzie ciepło to może pobiegam. ;D




Nawet gdy trenujesz w domu, potrzebujesz dobry antyperspirant. Przecież domownicy też nie muszą wąchać twojego potu. ;)
Jednak nie wszystkie antyperspiranty spełniają swoją rolą tak jak powinny. Jedne nie dają nic, inne śmierdzą, a jeszcze inne sprawiają, że pocisz się bardziej.  

Ale ja znalazłam swój faworyt: ADIDAS ADIPOWER 72h z technologią BODY RESPONSE. I nie chodzi tu o to, żeby przez 3 dni się nie myć. 😃 
 



Jego fenomen polega na tym, że im intensywniej ćwiczysz i  i gdy temperatura twojego ciała wzrasta on mocniej pachnie. Serio to naprawdę działa. I pachnie naprawdę długo, a zapach jest przyjemny i orzeźwiający.  Zaletą jest dla mnie to, że technologia działa na moim ciele nawet w stresujących sytuacjach, gdy pocę się z nerwów. (nie boje się, że będę brzydko pachnieć). Mąż ma męską wersje ADIDAS ADIPOWER i też jest bardzo zadowolony. Jedyne do czego mogę się przyczepić to białe ślady na czarnych ubraniach, które pozostawia męska wersja ADIDASA.

Cena za taką przyjemność też jest niewielka (coś około 15 zł), więc z czystym sumieniem mogę o polecić każdemu - tym co trenują na siłowni, na dworze, w domu, albo tym co nie trenują nic, ale mają stresującą pracę. ;)

Ja opowiedziałam moją małą historię.. a Ty? Jest coś, co zmieniło Twoje życie?

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Masło? Margaryna? Finuu!!!

Obecnie na świecie panuje moda na FIT. FIT-sylwetkę, FIT-jedzenie, FIT-styl życia.  Nagle wszyscy zwiększyli swoją aktywność fizyczną, zaczęli się więcej ruszać. Wychodząc na spacer wokół widzę ludzi w sportowych strojach, z kijkami do nordic walking, na rolkach i na rowerach. Wśród mam bycie FIT odzwierciedlane jest przez wzmożoną liczbę spacerów z wózkiem. ;) Robiąc zakupy i zaglądając do koszyków widzę produkty zdrowe - pełnoziarniste chleby, makarony, brązowy ryż, kasze wszelakiego typu, jogurty naturalne, owoce, warzywa i zgrzewki wody. ;) Coraz mniej w koszykach butelek pepsi, chipsów i słodyczy. Każdy patrzy na skład - wybiera produkty jak najmniej przetworzone, często w 100% naturalne. Oczywiście popieram ten trend całym serduchem i mam nadzieję, że ta zmiana nawyków nie będzie trwać jeden sezon, a u większości utrzyma się przez całe życie. ;)  A teraz pytanie. Masło? Czy margaryna? Co lepsze? Jako technolog żywności odpowiadam masło - naturalne, niewzbo...

Bo Święta przecież są tuż za rogiem...

Jak to tak? To już? Grudzień...?! Święta tuż za rogiem. Do domu powoli wkrada się magiczna, świąteczna atmosfera - lampki, bombki, świąteczne dekoracje... Pachnie piernikami, które upieczone dwa tygodnie temu czekają na lukrowy make up.  To czas na szukanie choinki - tej idealnej, nie za dużej, nie za małej... takiej w sam raz. Czas na planowanie 12 potraw - bieganie po marketach w poszukiwaniu ostatniej paczki bakali do piernika, bądź suszu do kompotu. To też czas na zakup i robienie prezentów - chociażby drobnych upominków takich od serca. ;) I tu zawsze się zastanawiam... Co komu? Co zadowoli mamę? Co teściową? Co wywoła uśmiech na twarzy męża, syna albo córki? Czy siostra będzie zadowolona z perfum, a szwagier z gry komputerowej? Pomysłów na prezent jest mnóstwo. Ile głów w domu, tyle pomysłów...  Mogą być prezenty klasyczne, zawsze modne - typu zegarki, krawaty, perfumy, kalendarze. Mogą być też prezenty śmieszne - z ...

Zakręcony październik

My kobiety lubimy mieć czas dla siebie. Lubimy ten czas wykorzystywać na malowanie paznokci, wizytę u fryzjera, kosmetyczki. Lubimy zrobić sobie takie małe domowe spa w wannie. Takie jesteśmy. :) Jednak z czasem, kiedy kobieta zostaje matką (madką, mamuśką, mamusią) tego naszego czasu jest coraz mniej. Jest w tym sporo naszej winy, bo nasze potrzeby odstawiamy na bok, a liczą się tylko potrzeby członków rodziny. A potem słyszymy jakie jesteśmy zaniedbane, zmęczone, takie inne... Ja, jako kobieta, na co dzień nigdy nie potrzebowałam i do tej pory nie potrzebuję wiele czasu na jakieś zabiegi typu makijaż - krem BB/pokład, tusz i błyszczyk przeważnie starcza. Za to moje włosy to inna broszka. Mam ich dużo. Są półdługie, grube, gęste, a końcówki mam zniszczone rozjaśnianiem. Długie na razie nie są, ale jak mnie najdzie kaprys to będą. ;) Moje włosy potrzebują odżywiania a przy układaniu i modelowaniu szczególnej uwagi. Każde urządzenie,  którego używam do styliz...